Obserwatorzy

20 sierpnia 2012

Taca. Dzbanek.

Dziś będę się chwalić tacą kupioną na Jarmarku Jagiellońskim w Lublinie oraz dzbankiem z Pawłowa.

A to oznaka jesieni. Taki oto wiecheć uwiłam na niedzielnym spacerze :) Miał być wianek, ale natchnienie skończyło się po ok 20cm i wyszła taka niby "palemka". Chodzenie w pełnym słońcu po łące pełnej  owadów latająco-gryzących uważam za romantyczne i fajne tylko na filmie, w rzeczywistości zwyczajnie mnie złości. 

W skład mojego wiechcia wchodzi kilka roślin z których odróżniam tylko wrzos, krwawnik i chyba złocień. Jest jeszcze takie coś jak krwawnik tylko białe i takie fioletowe zupełnie mi obce. Na zdjęciu nie bardzo widać szczegóły. 
 Wianuszek sobie schnie nad drzwiami wejściowymi i codziennie mi przypomina, że moja kochana jesień już jest :) Wiem, że na dworze znów plus 30, ale poranki i noce pachną już jesienią :)

A to już zbliżenie tacy, nałożenie tej dużej serwetki na środku przysporzyło mi trochę problemu, ale po kilku próbach się udało, w miarę..
Dopiero po polakierowaniu mnie olśniło, że mogłam ją fragmentami nakładać.


 I dzbanek (a może flakon?, dla mnie jak z gliny to dzbanek). Serwetek z tymi różyczkami mam całe opakowanie, więc pewnie jeszcze wiele rzeczy z nimi powstanie.


Miał być kremowy, ale wyszło jakieś różowiaste i sama nie wiem jak to możliwe. Kropeczki fajnie wypełniły przestrzeń i całość przestała być taka słodko różowa. Ale i tak to wszystko jakieś takie romantyczne, cukierkowe....  i ciągle nie wiem czy mi się podoba.

***
Dzięki za wszystkie odwiedziny i komentarze. Jest mi bardzo miło, że w ten urlopowy,a mimo to zabiegany czas macie chwilę by tu zajrzeć i jeszcze coś napisać :))


15 sierpnia 2012

Butelka

Witajcie w ten pochmurny świąteczny poranek !

Za oknem szaro buro i ponuro. Na poprawę humoru butelka w róże - wcześniej humor poprawiała jej zawartość, a teraz wygląd :)

 Matowy kolor szkła jest fabryczny, ja tylko nałożyłam kwiatki i pociągnęłam lakierem. Nie wiem na ile to się sprawdzi w użytkowaniu bo nigdy wcześniej nie robiłam decu na szkle, za pewne potrzebne są do tego specjalny klej i lakier. Użyłam jakie miałam, na razie wygląda dobrze, czas pokaże czy nie będzie np odpryskiwało.



7 sierpnia 2012

Różowy gliniak

W niedzielę byłam na jarmarku w Pawłowie. Naoglądałam się rękodzieła wszelakiego. Nie obyło się bez zakupów, i tak stałam się posiadaczką dwóch gliniaków, pszczelej świeczki, koszyka z wikliny :)

Spośród wielu stoisk moim ulubionym jak co roku zresztą, jest stoisko pana z wyrobami z gliny, gdzie oprócz pieczołowicie wykonanych dzbanków garnków itp można kupić za kilka złoty gliniaki wadliwe. Takie naczynia są z reguły gdzieś obtłuczone, pęknięte przy wypalaniu, albo zwyczajnie krzywe, w rozmiarach wszelkich :)
W tym roku udało mi się znaleźć mały zgrabny dzbanuszek, którego jedyną wadą niewielkie pęknięcie na dnie. Jest też trochę krzywy, ale to akurat dla mnie nie jest wadą.

Dzbanek został już ozdobiony, czeka jeszcze na kolejną warstwę lakieru, ale już cieszy moje oko.
ten obok kupiłam dwa lata temu i w końcu mam na niego pomysł, będzie kremowy w żółte róże :) mam nadzieję, że tym razem nie skończę w fazie pomysłu.

Dziś chwalę się różowym.Decu w moim wykonaniu mistrzostwem nie jest, ale lubię ten sposób zdobienia. Serwetkę do jego ozdoby dostałam od Eli http://niecodziennie.blogspot.com/
***
Dzięki za tyle miłych słów pod ostatnim postem :) 

4 sierpnia 2012

Narzuta w kratkę

Na dworze niezmiennie słupek rtęci nie spada poniżej 30 st. coś mnie podkusiło, by w ten upał uszyć narzutę. Nie ma nic fajniejszego na upał niż stanie przy gorącym żelazku :) jakoś nie pomyślałam wcześniej, że przecież żelazko przy szyciu jest nieodłącznym elementem.

Uszyłam z czego miałam, materiały do szycia ciężkie zwłaszcza dla laika jak ja. Zwłaszcza brązowy się naciąga i ślizga. Oszczędzę wam opisu wszelkich przebojów, które mi towarzyszyły już od momentu wycinania aż po sam koniec. Ci, którzy się przyjrzą z łatwością wyłapią wszelkie błędy. Te z Was, które potrafią szyć proszę o wyrozumiałość, to mój pierwszy tak wielki projekt. Uwierzcie łatwo nie było!

Był moment, że miałam ochotę rzucić to w kąt i  nigdy więcej nie oglądać, łącznie z maszyną. Ostatecznie wrodzony upór zwyciężył i po trzech dniach zmagań mam narzutę.  I to nie byle jaką, tylko pierwszą własnoręcznie uszytą patchworkową :)

Tak niepozornie wygląda złożona, całkowity wymiar to ok 120x220 cm. Jest węższa niż standardowo się szyje, ale dokładnie takiej potrzebowałam.


 Tu widać, jak materiał pięknie błyszczy w słońcu.

To jasne to spód narzuty, widać przy okazji jak wybiórczo jest przepikowana. Narzuta składa się z warstwy kwadratowej, spodu i środka z cienkiej ociepliny. Wyszła trochę ciężka i gruba,prawie jak kołderka. I właśnie pikowanie trzech warstw  przerosło mnie najbardziej, spinałam szpilkami, fastrygowałam, i nic! ciągle się marszczyło. Więc odpuściłam i jest spikowane tylko kawałkami, tyle by się nie rozjeżdżało. Może kiedyś zechce mi się dokończyć w rękach.
 
 A tu już całość :)
Do niebieskiego łóżka pasuje raczej średnio.... no dobra w ogóle nie pasuje :)

Ale to nie zmienia faktu, że pomijając wszelkie- nazwijmy to łagodnie- niedociągnięcia, jestem z niej zadowolona. Planuję uszyć jeszcze do niej poduszkę, bo zostały mi resztki z tych materiałów i chcę je wykorzystać, a poza tym miałabym komplet :)
Może jeszcze kiedyś porwę się na uszycie kolejnej, może wyjdzie lepiej...

Jeśli macie jakieś techniczne rady co zrobić, by się nie marszczyło przy pikowaniu i to piszcie.

20 lipca 2012

Kto chętny na romans?

Przeczytałam i chętnie wymienię na inną książkę. Cokolwiek co NIE jest horrorem ani kryminałem.
J.Lindsay "Za głosem serca"- romans osadzony w czasach rycerzy i białogłów. Jeśli jesteście ciekawe czemu ślub odbył się w środku książki, a nie zwyczajowo na końcu, i co z tego wynikło- musicie przeczytać!

Jak ktoś chętny to proszę zostawić komentarz z tytułem książki na którą chcecie się wymienić.

16 lipca 2012

Weekend w Janowcu

Zapraszam Was w wirtualną podróż do Janowca :) Wybrałam kilka zdjęć, które przy okazji pokazują techniczne możliwości mojego nowego aparatu :))

W końcu udało nam się wyrwać na krótki odpoczynek. Wybór padł akurat na tą miejscowość głównie dlatego, że jest blisko. Okazało się, że również stosunkowo nie drogo i przyjemnie. Janowiec jest to malownicza wieś położona dokładnie naprzeciwległym brzegu Wisły niż rozreklamowany Kazimierz Dolny.
Na pierwszy rzut oka wygląda nie pozornie, ale zyskuje przy bliższym poznaniu. Można tam znaleźć wszystko co niezbędne turyście. Ale po kolei.

Główną atrakcją są ruiny zamku. Zdjęcia w jakże uroczej sepii.

 Park zamkowy, idealny na romantyczne spacery.

Zamek znajduje się na wzgórzu, spacerkiem mieliśmy do niego ok 15 min drogi. Ruiny przeznaczone są do zwiedzania, można obejrzeć piękny dziedziniec, poczuć obecność historii, podziwiać rozciągający się widok na dolinę.
Zmęczeni i głodni po historycznych doznaniach, udaliśmy się do restauracji

Jadłam tu najlepsze buraczki w życiu, jeden z lepszych serników. Obsługa jest uśmiechnięta i bardzo miła. W powietrzu unosi się atmosfera domowego zacisza, pomimo tego, że jest to restauracja hotelowa. W budynku można także kupić pieczywo, na pochwałę zasługują podkówki z francuskiego ciasta (genialne w smaku, chrupkie, nie za słodkie) oraz ciemny chleb ze śliwką.
Stołowaliśmy się tam przez dwa dni i przyznam, że kuchnia jest bardzo smaczna! Udało mi się zrobić zdjęcie sałatki z kurczakiem, którą jadłam na śniadanie (pierwszy raz najadłam się sałatką)
 Przyniesiona wyglądała jak małe dzieło sztuki, na zdjęciu już trochę  ujedzona :)

Na poniższym kolażu, możecie się doszukać fotek z gospodarstwa gdzie mieszkaliśmy. Piękny zadbany ogród z oczkiem wodnym , altankami, huśtawką. Pokój, w którym mieszkaliśmy wyposażony w nowe meble z Ikei, nastrojowe światło zapewniały okrągłe lampki przy łóżku. Pościel bardzo dobrej jakości. W łazience  suszarka do włosów, pralka, ręczniki  - śmiało można zatrzymać się tam na dłużej. Na balkonie doniczki z lawendą i innymi roślinkami. Do tego wiecznie uśmiechnięta właścicielka :)

Aby dostać się do Kazimierza, wystarczy dojść/dojechać do promu - samochodem parę minut. Przyznam się, że przeprawa promowa sprawiła mi wiele przyjemności, podziwianie Wisły będąc na jej środku ma swoje uroki
Do tego stopnia mi się spodobało, że namówiłam swojego Księcia byśmy do domu wracali także przez Wisłę zamiast jechać na most do Puław  :)  Drugi prom kursuje z Nasiłowa (są tam podobno fajne kamieniołomy, ale nam nie udało się znaleźć) do Bochotnicy (tu można znaleźć ruiny zamku, w którym Kazimierz Wielki miał swoją ukochaną).

Jeśli chodzi o sam Kaziemierz Dolny - poniżej rynek
no cóż, w sezonie wygląda jak wielka stołówka. Jeśli ktoś lubi zgiełk, tłum, uliczny gwar, krzyki dzieci i wystraszonego tym wszystkim konia dorożkarza to polecam to miasteczko w sezonie urlopowym. Nie muszę chyba dodawać, że z wielką radością przeprawiłam się z powrotem na drugi brzeg do jakże spokojnego i nie mniej uroczego Janowca.

Jeśli chcecie poczuć prawdziwy klimat tego miasta, po obcować ze sztuką, zobaczyć ulicznych artystów, poczuć unoszącego się w tym miejscu ducha historii, zrozumieć dlaczego artyści tak kochają to miasto, to zapraszam do Kazimierza po sezonie, wystarczy przyjechać we wrześniu, a już jest inaczej. My mamy w miarę blisko więc czasami tam jeździmy, ale w wakacje byłam tu po raz pierwszy i raczej więcej się tam nie wybiorę- tłumy dosłownie wszędzie to nie mój klimat.

Okolica jest ciekawa, niedaleko jest Czarnolas i muzeum Jana Kochanowskiego, Nałęczów z parkiem zdrojowym. Janowiec stanowi dobrą bazę wypadową do tych miejsc i jest świetną alternatywą dla okrzyczanego Kazimierza.

Skoro już wspomniałam o Nałęczowie, to warto zajrzeć do Karczmy Nałęczowskiej, przyznaje że poszłam tam z czystej ciekawości po zobaczeniu tego miejsca w programie Kuchenne rewolucje i stwierdzam, że jest smacznie, ceny też są do przełknięcia :)

Mam nadzieję, że zachęciłam Was chociaż odrobinę do przyjechania na Lubelszczyznę :) Nie ważne czy zatrzymacie się w Kazimierzu czy w Janowcu, z pewnością spędzicie tu niezapomniane chwile. W końcu artyści nie bez powodu pokochali to miejsce :)

6 lipca 2012

Truskawkowe dżemy

Dzisiejszy post będzie bez obrazków (stary aparat nie działa jak powinien, a nowy dopiero w planach). Robótkowo zastój z wielu powodów, ale nie o tym chciałam :)

 Żar leje się z nieba nieustannie od kilku dni (szczęśliwie burze i gradobicie póki co nas omijają), z utęsknieniem czekam na jesień. I właśnie trochę z myślą o niej powstały przeróżne dżemy. Sezon truskawkowy już za mną, w tym roku zrobiłam:

*dżem z truskawek i rabarbaru z dodatkiem pomarańczy i waniliowym akcentem - jak dla mnie takie zestawienie okazało się genialne! jak dobiorę się do słoiczka to zjadam cały :) truskawki razem z rabarbarem zesmażyłam, zmiksowałam, do tego zmiksowana pomarańcza plus otarta z niej skórka, odrobina cukru waniliowego i gotowe!

*dżem z truskawek rabarbaru porzeczek czarnych (zesmażone, zmiksowane) plus połówki wiśni zatopione w całości...

*dżem z truskawek mandarynek (zesmażone, zmiksowane) z połówkami wiśni.
Wszystko oczywiście jest słodzone i zasmażane, do dżemów dodaję też trochę żelfixu lub innych mu podobnych wynalazków by mieć pewność, że nie będą się psuły, a te o rzadszej konsystencji ładnie się zsiądą.

W tym roku fajnie się złożyło, że wiśnie i porzeczki zdążyły dojrzeć zanim truskawki się skończyły. Lubię takie wieloowocowe kombinacje.  W podobnych zestawieniach robiłam też soki.

A w te upały moje życie ratuje kompot z rabarbaru i wiśni :)


Post bez obrazków jest jakiś nie ciekawy, więc pokażę jukę (zdjęcie zapożyczone  z sieci) wygląda zupełnie jak moja :) Zakwitła pierwszy raz i też ma tylko jeden pęd kwiatowy za to na grubo obsypany kwiatuszkami. Zanim nabędę nowy aparat pewnie już przekwitnie.


Przed nami sezon na porzeczki wiśnie, maliny jabłka... zachęcam do kombinowania ze smakami, łączenia różnych owoców, efekty są naprawdę smaczne .

24 czerwca 2012

Literacka kamizelka

W końcu mam chwilę , by pochwalić się moją drugą kamizelką. Od pierwszej różni ją oprócz włóczki i ściegu, głównie to że ma dekolt w łódkę i wcięcia na rękawy. Jestem bardzo zadowolona bo robiłam ją bez schematu, wcięcia wyszły symetryczne, dekolt w sam raz, odrobinę wyszła za szeroka, ale to tylko czyni ją bardziej przyszłościową  (z moim zamiłowaniem do słodkości i wrodzoną niechęcią do sportu, ukryty w bocznych szwach zapas może się szybko przydać :)

Kamizelka nosi się super, jest ciepła, wytrzymała już pranie w pralce, jest wręcz niezastąpiona w chłodne dni.

Dlaczego literacka? W domu się ze mnie śmieją, że wyglądam w niej jak baba z "Chłopów" Reymonta co idzie na wykopki :)

10 czerwca 2012

Czapka.

Witam wszystkich w to słoneczne przedpołudnie !
Moja radość nie zna granic, wszystko wskazuje na to, że po ponad miesiącu zmagań net do mnie wrócił :)) Jestem tak zadowolona z tego powodu, że nawet nie przeszkadza mi, że czasem chodzi wolniej od żółwia, no cóż radiówka ma swoje kaprysy.

Ale nie o tym chciałam. Udało mi się już trochę nadrobić zaległości w blogowych wędrówkach. A dziś w końcu blogowej premiery doczekała się czapka, którą zrobiłam na początku maja, zaraz po tym jak wróciłam z bolącymi zatokami z jakiejś plenerowej imprezy.
Czapka jest z cienkiej włóczki, robiona niezbyt gęstym wzorem, specjalnie z myślą o wiosennych chłodnych dniach, kiedy to już nie wypada chodzić w czapce, a moje delikatne zatoki domagają się ciągle grzania.



Kolor niemal identyczny z prawdziwym - głęboka zieleń :) Wzór widziany od góry wygląda jak kwiat. Na głowie czapka się naciąga i wygląda całkiem dobrze. Trochę przypomina beret, a ponieważ nie znoszę beretów więc staram się od siebie to skojarzenie odsuwać jak najdalej :)

Przy okazjo pokażę jeszcze dwa drobiazgi.


Taka byle jaka bransoletka, zrobiona z dwóch sznurków sutaszowych splecionych grubym szydełkiem i płaskiego koralika. Koralik urzekł mnie do tego stopnia, że bardzo chętnie ją noszę i zerkam na niego ukradkiem jak na zegarek, w każdej możliwej chwili :)

A to efekt porządków i mojej naturalnej blokady do wyrzucenia czegokolwiek co przedstawia jakąkolwiek wartość użytkową. Znalazłam długi pas odcięty od firanki, splotłam na grubo i powstała bransoleta-igielnik. Świetnie się sprawdza podczas szycia.

***
Dziękuję, że ciągle o mnie pamiętacie.

3 czerwca 2012

Niespodzianka.

Witajcie !
Niestety wszystko wskazuje na to, że nie mam dobrych wieści. Z przyczyn ode mnie niezależnych zostałam pozbawiona dostępu do sieci. Nie jestem w stanie przewidzieć jak długo to jeszcze potrwa.

Żeby nie było tak całkiem smutno pochwalę się niespodzianką.
Nie dawno dostałam  od Eli http://niecodziennie.blogspot.com/ tylko popatrzcie jakie śliczności.
W skład zestawu wchodzą:
gazetka pełna inspiracji, serwetki do decu w róże i poziomki, malutkie kwiatuszki i kurczaczki do ozdoby, kawa, herbata (po których zostało już tylko wspomnienie), karczoch w odcieniach brązu,ponieważ od razu ozdobił półkę z książkami więc nie widać go na zdjęciu. Mnóstwo koronek także tych frywolitkowych. Z frywolitki są także śnieżynki i piękny listek. Elu jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za tak cudne prezenty. Frywolitki marzą mi się od dawna, nawet próbowałam robić, niestety bez sukcesu. A teraz mam własne osobiste tylko dla mnie :) Jestem zachwycona!

Mam nadzieję, że w końcu uda mi się znowu powrócić na łono cywilizacji, trzymajcie więc kciuki bym znalazła jakiś sposób na podpięcie się do neta.

Jestem dobrej myśli i wierzę i że szybko uda mi się do Was wrócić.

26 kwietnia 2012

Kamizelkowy sukces:)

Po ostatniej  nie udanej próbie odłożyłam szydełko, spakowałam robótkę popatrzyłam na kłębek z końcówką włóczki i ... czym prędzej wzięłam się za robienie nowych pół :)
W efekcie powstała prosta kamizelka. nie jest tak piękna jak była w planach, ale przede wszystkim wygląda jak powinna, jest wygodna i pomimo kroju jak na lalkę całkiem dobrze się układa. Jestem pewna, że następna będzie bardziej ozdobna i może nawet uda mi się bardziej "człowieczy" kształt. Chodzi mi o to by była szersza w biuście i biodrach a węższa w talii :)


Ma nawet kieszonkę :) i ładną falbaneczkę wokół szyi. Jestem z niej bardzo zadowolona :)

 A to już piękny szal jaki powstał ze starych pół.  ma coś koło półtora metra długości , nić przeznaczoną na jego wykończenie przeznaczyłam na nowe poły więc został w takim stanie jak widać. Myślę, że ostatni rząd też wygląda całkiem fajnie i może tak zostać.
Jest wystarczająco długi, by się nim owinąć jak w kamizelkę.


 Tylko spójrzcie czy ten wzór nie jest piękny?


24 kwietnia 2012

Miała być kamizelka...

wg tego wzoru.  Wzór jest wymyślony na cienką włóczkę, góra szydełko nr 2. Zrobiłam z wiele grubszej - szydełko nr 6. ale to była jedyna jaką miałam w wystarczającej ilości. Strasznie byłam ciekawa czy cokolwiek mi wyjdzie, bo  nigdy nie robiłam ubrań. Do tej pory jedyne co w miarę mi wyszło z odzieży to czapka, która po upraniu się sfilcowała i skurczyła :((( a już polubiłam w niej chodzić. Mam nadzieję, że uda mi się jakoś rozciągnąć.

Wracając do tematu. Plecy wyszły ok. Wzoru na poły nie umiałam sobie zmniejszyć, więc zrobiłam tylko część, i tak za szeroko. W dodatku popełniłam kilka błędów przez co poły się dziwnie wyciągnęły w dzióbek. Do kołnierzyka nawet się nie brałam, wykończyłam pod szyją po swojemu taką mini falbanką.

Na leżąco wygląda to tak. Wzór bardzo mi się podoba. Jak tylko odleży w szafie określony czas i nabierze mocy urzędowej, poły zostaną odprute, wzór dokończony i powstanie z nich piękny szal :) A z pleców dywanik. Niestety nie mam wystarczająco tej włóczki by zrobić gładkie poły.

 Na zdjęciu po wyżej świetnie widać ile za szeroki wyszedł przód. Mogłabym w sumie spruć kilka rzędów i uratować kamizelkę, ale straciłam już do niej serce.  Wolę poły przerobić na szal.

Na upartego można, by ją nosić z takim wywiniętym "kołnierzem".  Uznałam jednak, że mnie pogrubia - z pewnością to wina włóczki, a nie jedzonych czasami w hurtowych ilościach ciastkach i chipsach :)

Podsumowując, pierwsza w życiu kamizelka się nie udała. Na razie szydełko idzie w kąt. Mniej więcej wiem już jak trzeba łączyć elementy by choć trochę przypominały ubranie. Może jeszcze kiedyś wrócę do tego wzoru, ale już z odpowiednią nitką.

Na  pocieszenie złapałam wczoraj licznik w Robótkowo niecodziennie  :)

Dziękuję za wszystkie miłe słowa pozostawione pod serwetkami - miód na moje serce :)

22 kwietnia 2012

Niebieskie serwetki

Dla odmiany powstały dwie spore serwetki w odcieniach niebieskiego. Większa o średnicy ok 60 cm, mniejsza- ok 50cm. Szydełko 0,7mm. Nitka do szycia na maszynie, jest to stara szpulka którą dostałam od mamy, do maszyny się nie nadawała ze względu na kiepską jakość ( nierówna grubość nici, miejscowe zgrubienia powodowały urywanie nitki przez maszynę) do szydełka okazała się w sam raz :)

Mniejsza jest zrobiona z dwóch nitek, niebieskiej i białej. okazało się, że niebieska barwi więc w efekcie końcowym powstały dwa odcienie niebieskiego. Myślę, że wygląda nawet lepiej niż początkowo z białym, jest mniej pstra a niebieskości ładnie się przenikają.

W trakcie suszenia. Upięta na styropianie, pogoda była piękna. Krochmal sechł w oczach, po godzinie obie były już suche.
 

 Na stoliku


I jeszcze kilka ujęć razem :) Tu trochę lepiej widać kolory, zwłaszcza na zdjęciu z flakonem i filiżanką. Dopiero teraz  zauważyłam, że górne zdjęcia wyszły w mało naturalnych kolorach
.

A na koniec pytanie. Czy ktoś wie jak zapisać ustawienia, by ciągle był stary interfejs bloggera? bo na razie po każdym logowaniu muszę zmieniać.

20 kwietnia 2012

Pękata kosmetyczka

Jaka kosmetyczka jest każdy widzi :) dziś bez zbędnych opisów, pokazuję co udało mi się uszyć.

16 kwietnia 2012

Kot. Kocyk. Bieżnik w róże. Czyli zaległości szydełkowe

Bez zbędnego gadania pokazuję co udało mi się zrobić jeszcze przed świętami, gdy byłam odcięta od świata.

Takie coś z kotem. Zrobione  z miękkiej cienkiej włóczki. Szydęłko nr 1.2. Wymiary ok 50x50cm. Można złożyć w trójkąt i otulić szyję. Może leżeć na stoliku.




Taki oto bieżnik w róże. Wykonany z szarej miękkiej włóczki, szydełko nr 1. Długość ok metra, może mniej. Nie mierzyłam, ale w sam raz by owinąć wokół szyi ze sporą zakładką (tak już mam, że wszystko co miękkie to próbuję jako szalik używać :), ładnie też wygląda na ławie.





A to już moja chluba i duma! kocyk z kolorowych kwadratów, mój pierwszy w życiu. Jestem nim zachwycona. Do tej pory podobne pstrokacizny tylko oglądałam u Was, bo bałam się łączenia elementów. Jak widać udało się :) Wzór na owe babcine kwadraty znalazłam u Lacrimy
W środek wmontowałam te większe, które pokazywałam wcześniej.. Kolory w rzeczywistości są chyba bardziej żywe, a część tego co wygląda na białe jest lekko różowa.
Na górnym zdjęciu widać, jak pięknie wygląda na fotelu :)
Chwalipięta jestem, ale wciąż nie mogę się nadziwić, że udało mi się taki kocyk zrobić :))

15 kwietnia 2012

Uroczyście ogłaszam!

Ku mojej wielkiej radości w drobiazgowym candy wzięło udział 34 osoby. Część z Was zobaczyłam po raz pierwszy i mam nadzieję nie ostatni :) Większość udało mi się już namierzyć i zachwycić Waszą twórczością.

Pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę reklamy. Bardzo spodobał mi się ten blog , zajrzyjcie i przekonajcie się dlaczego:)  Uchylę rąbka tajemnicy, że jest o papierowej wiklinie, można nie tylko się pogapić ale skorzystać z instrukcji wykonania i wziąć udział w candy :)

Zapraszam też do Ani  można wygrać poduchę z pieskiem :)
oraz Moniśki  blog powstał stosunkowo nie dawno a już można coś wygrać i pooglądać biżuteryjne piękności:)
szczęścia można spróbować także w zabawach do których banerki umieszczone są w pasku bocznym do czego gorąco zachęcam.

A teraz do rzeczy.
Oto szklana kula wypełniona losami
 Ręka przeznaczenia...
 i szczęśliwy los


Uroczyście ogłaszam, że drobiazgowe candy wygrała Anita z bloga Nitki A nitki 
Gratuluję i poproszę o adres na meila: antos345@o2.pl

Dziękuję wszystkim za udział w zabawie i życzę miłej niedzieli :)